Sokołowska katownia UB, mroczna historia budynku przy ulicy Kilińskiego.
W Sokołowa Podlaskiego, przy ulicy Kilińskiego, znajduje się kamienica, która dla wielu mieszkańców regionu jest symbolem bólu, cierpienia i śmierci. To właśnie tutaj, tuż po zakończeniu II wojny światowej, mieściła się siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, komunistycznej policji politycznej. W piwnicach tego budynku więziono i torturowano żołnierzy podziemia niepodległościowego oraz osoby podejrzewane o współpracę z nimi. Do dziś na ścianach tych pomieszczeń można dostrzec wydrapane nazwiska, daty i znaki pozostawione przez udręczonych więźniów, ostatni ślad po ich obecności i niemym cierpieniu.

Jacek Odziemczyk Sokołowski Historyk, badacz historii ziemi Sokołowskiej, na moją prośbę, przybliżył nam historię siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sokołowie Podlaskim, działającej przy ulicy Kilińskiego od 1944 roku.
W tekście poniżej.
Opisuje funkcjonariuszy UB, ich brutalne metody śledcze oraz dramaty więźniów żołnierzy podziemia i osób oskarżanych o pomoc partyzantom. Przytoczone relacje ofiar pokazują ogrom cierpienia, jakiego doświadczali ludzie w sokołowskiej katowni. To wstrząsające świadectwo tamtych lat, oparte na wspomnieniach osób, które przeżyły piekło przesłuchań.
UB – Urząd Bezpieczeństwa to złowrogie słowa, które dla wielu rodaków oznaczają tortury, więzienie i często śmierć. Sam skrót odnosi się do komunistycznej policji politycznej, która z końcem II wojny światowej zaczęła łamać Polaków, by podporządkować ich sowieckiej zwierzchności. W powiecie sokołowskim taka placówka powstała w połowie września 1944 r. Mieściła się w dwupiętrowej kamienicy Orzechowskich przy ul. Kilińskiego, zresztą w budynku który w czasie wojny zajęty był przez władze niemieckie. I choć tablica umieszczona na jego ścianie informuje, że Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego funkcjonował tu do 1951 r. to inne źródła ograniczają ten okres do r. 1949 lub 1950. Z materiałów archiwalnych wynika, że w okresie 1944–1954 przez szeregi urzędu przewinęło się 200–250 osób, które służyły „proletariackiej rewolucji”. A na ich czele stali w tym czasie m.in. Aleksander Gnoiński, Henryk Krupiński, Roman Czubak, Zdzisław Górnicki, Kazimierz Chudy, Stefan Iwaszczuk.
Ofiarami byli głównie członkowie podziemia niepodległościowego i osoby podejrzewane o wspieranie partyzantów. Jakimi metodami ubecy wydobywali zeznania, niech opowiedzą relacje katowanych. Anatoliusz Kędziora „Longinus” pisał:
„Obok mnie leżał jęczący bez przerwy więzień. Gdy spytałem, co tak bardzo go boli, opowiedział mi przebieg jego przesłuchania. Ponieważ nie udzielał informacji satysfakcjonujących przesłuchującego go porucznika, oprócz lania jakie dostał, wydano także wyrok śmierci z natychmiastowym wykonaniem. Aby skazany nie pokrwawił posadzki, przyniesiono miednicę z wodą, nad którą kazano skazańcowi pochylić głowę. Po oddaniu strzału w głowę ze ślepego naboju jeden z oprawców polał mu głowę ciepłą wodą. Osadzony więzień doznał przy tym silnego ataku serca”.
Z kolei członkini AK Danuta Telakowiec „Elka” relacjonowała:
„W sali przesłuchań stało pianino, na którym może 8-letni syn Kieliszka [powinno być – Kiliszka; Władysław Kiliszek – sierżant w PUBP w Sokołowie, następnie przeniesiony do Ostrowi Maz.] grał różne melodie, które miały zagłuszyć moje krzyki (…). Okładano mi plecy i pośladki, a szczególnie łydki pejczem, a wyjątkowym okrucieństwem odznaczał się porucznik Konopka. Wtórował temu dźwięk melodii granej na pianinie. Po tej egzekucji wrzucono mnie do piwnicy. Spadając ze schodów, rozbiłam boleśnie brodę, na której przez wiele, wiele lat były widoczne sine plamy (…). Podłoga w sali przesłuchań pokryta była błotem i krwią bitych chłopców z organizacji <<Młota>>”.
Natomiast Kazimierz Kowal „Jasny” po latach opowiadał:
„Przywieziono mnie do Sokołowa Podlaskiego, do budynku przy ul. Kilińskiego. Przesłuchiwano mnie i bito o noc. Okręcano mokrym prześcieradłem, kładziono na ławę i w podobny sposób jak rolnik młóci zboże cepami, oprawcy walili pałami po dwóch z obydwu stron”.
Władysław Mróz z kolei przytaczał inny sposób udręczenia:
„Męczyli mnie w ten sposób, że wiązali ręce, wkładali kij pod kolana, opierali kij z ofiarą na dwu krzesłach i bijąc obracali tzw. młynek. Najgorsze było to, jak bili w pięty, bo ból odczuwało się w mózgu. Lali też wodę w nos. W końcu tak mnie męczyli, że powiedziałem, by mnie zabili…”.
A śmierć była tuż obok. Na protokołach np. z wykonania 9 wyroków śmierci 27 lutego 1946 r. widnieją podpisy ówczesnego zastępcy kierownika PUBP w Sokołowie Romana Czubaka. Dlatego ci, którzy nie wiedzieli, czy przeżyją, na ścianach cel wydrapywali swoje imiona i nazwiska — świadectwo tamtych dni…(Jacek Odziemczyk)
Dziś kamienica przy ulicy Kilińskiego wygląda niepozornie, na jej fasadzie umieszczono tablice upamiętniającą, ślady tamtych wydarzeń. Choć dziś zamknięta, jej mury wciąż kryją mroczne tajemnice. Ślady po tamtych wydarzeniach, wydrapane nazwiska, daty i znaki, pozostają cichym, ale przejmującym świadectwem historii. To miejsce przypomina, że pamięć o ofiarach komunistycznego terroru jest naszym obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń.
Tekst: Jacek Odziemczyk.
Foto i opracowanie: Grzegorz Mieczkowski.


